Opowieść zgłoszona na konkurs Gawęda Regionalna GiPBP w Rzeczniowie. Rzeczniów 2003.
Było piękne lato. Słońce wyzłacało zboża, a chłopi zwozili ostatnie siano. We dworze Małachowskich nikt nie myślał o tym, co działo się na zewnątrz. W wielkiej sypialni było ciemno. Wszystkie okna były zasłonięte, tylko przez niewielką nieosłonioną część okna sączyło się letnie słońce.
Promienie padały na wielkie łoże, na którym spoczywała wojewodzina krakowska Kordula Małachowska. Posłano już po księdza bo nikt nie dawał jej już długich chwil życia.
toteż na dziedzińcu niecierpliwie wyczekiwała na niego największa powiernica pani Korduli - jej mamka, stara Marcysia. Cicho szeptała słowa modlitwy. Bała się o swą "małą dziewuszkę".
Alejką od kościoła koło stawów jechała już bryczka, widać ją było z oddali. Za chwilę przed dworkiem wysiadł ksiądz Nowakowski.
Nikt nie wyrzekł słowa, ale wszyscy cicho podążali za nim. Ksiądz wstrzymał ich ruchem ręki przed drzwiami pokoju chorej. Był tam dobre dwa kwadranse. Pan Małachowski cicho przechadzał się po korytarzu z miną pełną boleści. Oczekiwano. Żona cię wzywa - rekł ksiądz do Małachowskiego wychodząc. Pani chciała pożegnać się ze wszystkimi i teraz dały się słychać zawodzenia.
Uciszał, uspokajał ksiądz Nowakowski.
-Dajcie jej odejść bez żalu. Kochaliście ją, ona was też.
-Dajcie spokój.
Ucichły szlochy, ale zebrani ze smutkiem patrzyli na mamkę Korduli, jej powiernicę. Bowiem teraz ona miała wejść do swej pani. Serce starej kobiety zabiło niespokojnie. Stała daleko od innych zebranych, zgięta ciężarem lat i tego co ma przeżyć za chwilę. Weszła. Pani Małachowska leżała blada, mizerna. Choroba zostawiła ślady na tej pięknej i łagodnej niegdyś twarzy. Ból wykrzywił jej rysy. Marcysia chwyciła rękę swej pani. Ucałowała ją gorąco, przygarnęła do policzka. Łzy powoli spływały jej po twarzy.
-Cóż to Marcysiu - wyszeptała Kordula drżącym głosem.
Wyciągnęła rękę, by pogładzić siwe włosy swej mamki.
-Płaczesz?
-Nie moja kochana, to nie ja to serce. ono boli najbardziej. Przypominam sobie Ciebie małą kruszynę, którą karmiłam własną piersią, a teraz na co mi przyszło patrzeć - załkała.
-Nie płacz, dobrze mi było z wami, z tobą, może spotkamy się tam..., a teraz twoje łzy tak bardzo mnie bolą.
Stara Marcysia stłumiła szloch. Popatrzyła na swoją panią załzawionymi oczami. Do pokoju weszli zebrani za drzwiami. Pani Małachowska umierała. słońce było jeszcze wysoko, gdy w ciemnym pokoju zaczęto modlitwy za duszę zmarłej. Pogrzeb zaplanowano na 3 lipca. Ale następnego dnia okazało się, że trzeba wyprawić dwa pogrzeby. Bowiem służba znalazła w małym pokoiku starą Marcysię.
Jej twarz była spokojna, spotkała już swoją panią.
Dziś w kościele w Rzeczniowie oglądać można rzadkiej piękności pomnik oparty o północną ścianę kościoła. Ponad pomnikiem, mającym w górnej części ujęty w owalną ramę portret zmarłej pani, rozpościera się płaszcz.
Na lewo pogrążona w smutku siedzi niewiasta - piersi ma odsłonięte. Ma ona, jak niesie tradycja przypominać mamkę Małachowskiej, której na wieść o śmierci pani pękło serce.
Napis na tabliczce przy pomniku brzmi:
Korduli Małachowskiej
Wojewodzinie Krakowskiej
Jana Sochockiego starosty Krzeszowskiego
i Teresy z Czernych córce
Gdy po latach 53 życia a po 34 małżeństwa
w Rzeczniowie dnia 1 lipca R. po 1789
do wieczności została zawołana
mąż smutny, ukochanej żonie kamień ten
i ku pamiątce i ku wzbudzeniu westchnienia
wiernych przechodzących
postawić kazał