Fragment powieści Miłość w Rzeczniowie, 2018, s. 25-26.
W rzeczywistości łąki ciągnęły się przez całą wieś, przyrośnięte do Krępianki, niewielkiej rzeczki. Kiedyś, jeszcze przed regulacją, mimo że taka maleńka, potrafiła po zimie nieźle narozrabiać. Dziś okiełznana, płynęła wąskim, wyznaczonym jej korytku, coraz mniej przypominając rzekę, a coraz bardziej melioracyjny rów. Rzeka stanowiła z grubsza jedną z dwóch prowadzących przez wieś osi. Drugą była biegnąca przez Kolonię Rzeczniów, sam Rzeczniów aż do Jelanki z jednej a Rzeczniówkiem z drugiej strony, droga. Wyprowadzała swoimi mackami tutejszych ludzi nie tylko w ich pola, ale także cały świat, czyli do Grabowca, a dalej do Iłży, czyli do Sienna i dalej do samego Ostrowca, czyli na Pawliczkę i dalej do Lipska. Nie udawali się Rzeczniowiacy jednak , bo i po co, za często w te odległe rejony. Do pracy, do Zębca od jakiegoś czasu jeździli owszem zakładowym autobusem, ale to nieliczni. Przy tej drodze stały nie tylko drewniane, kryte strzechą chałupy. Trafiały się już wtedy, w sześćdziesiątych latach, pojedyncze budynki z białej cegły, a cementowe dachówki stopniowo wypierały niebezpieczne, bo łatwopalne strzechy. mniej więcej po środku wsi stał kościół z plebanią. w pobliżu szkoła. Stał sklep geesu, tegoż masarnia, hala, w której ku uciesze tutejszych dzieci nalewana do butelek oranżadę. Oranżada nie tylko posiadała niezwykły, nie do podrobienia smak. Równie ważne jak picie było jej otwieranie. Robiło się to poprzez uderzenie kantem dłoni w sprężynę specjalnego korka. Uderzać tak, aby otwierająca się oranżada wydała charakterystyczny syk, coś jak otwierany szampan, trzeba było umieć. Rzeczniowskie dzieci umiały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz